Wstęp


Wejście w ścianę było punktem zwrotnym w moim życiu. Od tego momentu już nic w nim nie było takie jak przedtem. Najpierw ogromna depresja uczyniła ze mnie chodzące zombie, potem okres powolnego wracania do zdrowia uświadamiał mi coraz bardziej, co w życiu jest najważniejsze? Dwa lata i osiem miesięcy wyszarpnięte z życia, które jednak, jak się później okazało, nie były dla mnie czasem straconym. Nie tylko odzyskałam zdrowie ale wyszłam z tego największego w moim życiu kryzysu wzmocniona zgodnie z zasadą że to co nas nie zabije, to nas wzmocni. Dokładnie tak się stało w moim przypadku.

Największą rolę w moim zdrowieniu odegrała właśnie natura w szerokim tego słowa znaczeniu. W chwilach przebłysków spisywałam to co czułam w danym momencie w moim pamiętniku, później w podobnych chwilach odczytywałam moje myśli określające najgłębsze odczucia i płakałam, płakałam, płakałam. W końcu nie było już łez, był smutek, po nim przyszedł spokój a na koniec pierwszy po kilkudziesięciu miesiącach uśmiech. Najbliżsi byli moim wsparciem, najlepsza przyjaciółka powiernicą, mój pies towarzyszem na długich spacerach, Bóg opoką, a rozmowa z nim terapią najwyższej jakości.

To doświadczenie przymusiło mnie niejako do studiowania siebie samej, wsłuchiwania się w to co mówi mi mój własny organizm i stawiania jego potrzeb na pierwszym miejscu. Na nowo polubiłam siebie i mogłam rozpocząć walkę o powrót do zupełnego zdrowia. Podstawą do tego było zdobywanie szerokiej wiedzy z zakresu dbania o zdrowie i zapobiegania nie pożądanym dolegliwością rożnymi metodami najczęściej mającymi związek z naturą i ruchem fizycznym. Dzisiaj chcę się dzielić moimi doświadczeniami i wiedzą z każdym kto tego chce.




środa, 26 czerwca 2013

Wyjęte z pamiętnika 2004.11.30

To jest prawdziwe wyzwanie by używać swojego ciała, gdy to przepełnione jest bólem. To jest prawdziwe wyzwanie widzieć swoje ograniczenia, a mimo to nie poddawać się i podejmować próby ich eliminacji. Nagrodą za ten wysiłek jest świadomość, że daję radę, że nie poddaję się słabości i zduszam ją w sobie. Dzięki temu wzmacnia się moja psychika, a co za tym idzie wzrasta wola walki o siebie samą i wiara w to, że wszystko jest możliwe, a każdy problem do pokonania gdy naprawdę będę tego pragnąć. Przynajmniej wielu ludzi w to wierzy i ja należę do nich, chociaż przekonuję się każdego dnia, że to w cale nie jest takie proste, że nie zupełnie się to zgadza z rzeczywistością. Sama silna wola i pragnienie przezwyciężenia problemów zdrowotnych to dużo za mało. Człowiek nie może oszukać własnego organizmu. Psychika to jedno, a ciało to drugie. Gdy jedno bardzo chce, a drugie nie nadąża, to na nic się zda chcenie.

Zagłębiając się w tych moich myślach nagle spostrzegłam, że jeszcze nie tak dawno nie byłam w stanie tego robić, nie byłam w stanie do jakiejkolwiek refleksji, nie mówiąc już nic o wyciąganiu wniosków i podejmowaniu najprostszych decyzji. Zauważyłam też, że w momentach zaglądania w swoje wnętrze zapominam o bólu, jakby przestał istnieć. Hmm!? A więc nie mam racji, pomyślałam sobie, jednak silna psychika staje się siłą ciała i zmusza je do walki z własnymi słabościami. Aby więc zadziałało wszystko jak należy potrzebna jest współpraca tych dwóch. Aby mogło dojść do takiej współpracy potrzebny jest czas, cierpliwość, wytrwałość, wsparcie innych i przede wszystkim, jak w moim przypadku upór, wiara i wola walki.

Nagle wypełniła mnie radość, że mam możliwość rehabilitacji, że mogę spróbować swoich sił na różnych stanowiskach pracy, poczuć znowu jej smak, wartość, znaczenie i sens jaki nadaje ona mojemu życiu. Wyraźnie poczułam, że bardzo już za tym tęskniłam, co nie zmienia faktu, że dzisiaj poczułam zmęczenie jeszcze wcześniej niż wczoraj, a ból w ciele jakby narastał i stawał się coraz bardziej nieznośny. Byłam też zmuszona częściej brać krótkie przerwy, a nawet kłaść się na ławie by pozwolić odpocząć biodrom i kręgosłupowi. Częściej też powtarzałam ćwiczenia rozciągające, które pomagają mi w zmniejszeniu bólu w spiętym karku, ramionach i w górnych partiach kręgosłupa. I znowu nie obeszło się bez tabletki przeciwbólowej.

Po skończonej pracy nie miałam już na nic ani ochoty, ani sił. Nawet pominęłam gimnastykę. Całe moje ciało drżało jak osika. Poza tym czułam się jak stary słoń tuż przed śmiercią – ciężka i obolała. Znowu miałam mieszane uczucia i zaczęłam powątpiewać w to, że jeszcze kiedyś będę żyła normalnie. Znowu byłam blisko znienawidzenia własnego życia.

Czy ja w ogóle mam jakieś życie? - pytałam samą siebie – czy tą moją egzystencję można nazwać życiem?

Jestem już tym wszystkim i samą sobą tak bardzo zmęczona! Mam dosyć wszystkiego. Chce mi się wyć! Przecież ja nawet spać nie mogę! Siedzę tu teraz i piszę nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że postawiono mi takie wymaganie. Mam opisywać każdy mój przeżyty dzień, to co robiłam, czułam i określać stopień bólu (chyba jestem królikiem doświadczalnym (?)). Ponoć to pisanie ma mi pomóc w odzyskaniu równowagi między psychiką, a zdrowiem fizycznym. Tak przynajmniej twierdzą ci wszyscy pracujący ze mną specjaliści i muszę przyznać, że coś w tym jest ponieważ właśnie w ten sposób sama sobie pomagałam na początku mojego wypalenia się. Pisałam w chwilach przebłysku. Potem w podobnych chwilach czytałam to co napisałam i płakałam, płakałam. Znowu czytałam i znowu płakałam i tak do momentu aż poczułam się na tyle dobrze i silna, że mogłam zacząć myśleć o właśnie rehabilitacji i powrocie do pracy, do normalnego życia.

Tak sobie myślę, że walka o siebie samego jednak ma sens i że każdy wysiłek w nią włożony musi się w końcu opłacić. Czy mam rację? Jeszcze teraz tego nie wiem. Przyszłość pokaże.

sobota, 25 maja 2013

Niepowtarzalna miłości

Wiosna budzi świat z zimowego snu, a ja jestem już tak spragniona tej zmiany. Bardzo lubię zimę. Nastraja mnie tak bajkowo i wyzwala ze mnie tego dzieciaka, którym kiedyś byłam, ale kocham też wiosnę. To cudna pora roku. Niesie ze sobą nadzieję, a właściwie wiarę w to, że tak jak ona, tak i ja i każdy człowiek odradza się na nowo w swoim wnętrzu. Wiosna nastraja optymizmem. Świat staje się jakby piękniejszy, lepszy i bardzo obiecujący. Tak, obiecujący masę nowych duchowych i emocjonalnych przeżyć.

Wiosna, to też poezja, to magia kolorów, przesyt różnych form budzących się do życia, to wirująca wkoło radość. Wiosna to rozkwitająca miłość mieniąca się kolorami tęczy między życiodajnymi kroplami deszczu. Jakże lubię czuć ich smagający dotyk na moich moknących policzkach podczas jazdy na rowerze. I wszystko wtedy tak pachnie świeżością, czystością, że aż można dostać zawrotu głowy. Kocham ten zapach rozpulchnianej rodzącym się życiem ziemi. Jest niepowtarzalnie piękny.

Kocham wiosenny dotyk promieni słońca. Jest taki czuły, ciepły i dobry. Ich pieszczota wycisza i uspokaja, moje myśli kieruje do wspomnień z lat dzieciństwa, kiedy to samo uczucie ciepła i dobroci dawały mi jedynie bezpieczne ramiona mojej mamy. Gdy tuliła mnie do siebie, to chciałam, by nigdy nie przestała, tak wspaniale było mi grzać się w bliskości jej kochającego mnie serca. Byłam wtedy taka spokojna, bezpieczna i szczęśliwa.

Lubię te moje wspomnienia, czerpię z nich siłę. Lubię patrzeć w nich na tą radosną, zawsze uśmiechniętą dziewczynkę. Łapię się wtedy na tym, że znowu się uśmiecham jak ona kiedyś. Ta radość maluje się na mojej twarzy, wypełnia moje wnętrze i dodaje mi skrzydeł. Ktoś mi kiedyś powiedział: "Jesteś jak żywy anioł, taki blask bije od ciebie." Może i bije, ja tego nie wiem, ale wiem, że żyję i to jest to, co jest najważniejsze. Jadąc rowerem tak uśmiechnięta przyciągam do siebie uśmiechy mijanych, zupełnie mi obcych ludzi po drodze, i odpowiadam na ich pozdrowienia. To jest takie miłe, takie ciepłe i dobre jak dotyk wiosennych promieni słońca, jak wiosna niosąca ze sobą nadzieję.

Życie, mimo wszystko jest piękne, warte wysiłku, by je przeżywać najlepiej jak tylko człowiek potrafi. Warte by cieszyć się każdą jego chwilką, bo w każdej jest zawarte wszystko i smutek i radość, ból, cierpienie, łzy i uśmiech, sny, marzenia, ich spełnienie albo i nie, słabość i siła działania, pesymizm, optymizm, mrok i światło, zimno i ciepło, wiara i jej brak, zachwyty, rozczarowania i przede wszystkim miłość. I to wszystko człowiek ma za darmo, to wszystko zawiera w sobie dar jakim jest życie. Życie, każdego z nas największa i niepowtarzalna miłość.

Pomidory

Pomidory są niezmiernie korzystnym warzywem, a właściwie jagodami dla naszego zdrowia i urody. Pozytywnie wpływają na układ nerwowy, opóźniają starzenie się skóry i przyspieszają gojenie się ran. Likopen zawarty w pomidorach chroni przed zawałem serca, rakiem prostaty i szyjki macicy, a nawet przed ślepotą w starczym wieku. W przetworzonych pomidorach stężenie likopenu trzykrotnie wzrasta.


Pomidory są źródłem magnezu i potasu, dwóch pierwiastków nazywanych PIERWIASTKAMI ŻYCIA. Biorą one udział w najważniejszych procesach życiowych zachodzących w naszym organizmie. Uaktywniają one wiele enzymów zarządzających naszym metabolizmem, umożliwiają syntezę białek, są regulatorami wielu reakcji. Najskuteczniej działają w parze. Poza tym pomidory zawierają sód, wapń, fosfor, miedź, żelazo, nikiel, mangan, kobalt i chlor. Są także nasycone takimi witaminami jak: A, B1, B2, C, PP, D, E i K. Pomidory są zasadotwórcze, mimo iż zawierają kwas cytrynowy i jabłkowy. Są bardzo pomocne przy odchudzaniu, cukrzycy, chorobach nerek i serca. Warto więc je jeść, tym bardziej, ze przerobione nie tracą, a zyskują na wartości.

Brak magnezu objawia się spadkiem odporności, zaburzeniami rytmu serca, tikami nerwowymi (np. drży powieka), ale przede wszystkim pogorszeniem nastroju, nerwicami, depresją. Zaostrzenie reakcji alergicznych, problemy ze stawami, nasilające się bóle mięśniowe, skłonność do zakrzepów i postępująca miażdżyca to też może być skutek niedoboru tego pierwiastka.

Z kolei niedobory potasu mogą objawiać się apatią, sennością, zaparciami, zaburzeniem rytmu serca, zwyżką ciśnienia tętniczego, a także problemami z koncentracją uwagi.

http://www.se.pl/kobieta/zdrowie-kosmetyki/pomidory-sa-najlepszym-zrodlem-potasu-i-magnezu_149409.html

http://www.se.pl/kobieta/zdrowie-kosmetyki/pomidory-jak-wplywaja-na-urode-i-zdrowie_196713.html

piątek, 24 maja 2013

Magia gór

Już dawno nic nie napisałam na moim blogu. Nie, nie! Tym razem nie zapomniałam o nim, a tylko omijałam go z braku czasu. Ostatni mój wpis był w marcu. To dawno, to bardzo dawno temu. Czas mijał mi tak szybko, że nawet nie zauważałam, że mija. Byłam zajęta nie tylko pracą zawodową, ale także odwiedzinami innych blogów, szczególnie jednego, którym się najzwyczajniej w świecie zachwyciłam - "Z punktu widzenia dziennego portiera" - polecam. Myślę, że nawet wirtualnie zaprzyjaźniłam się z jego autorem. Muszę przyznać, wspaniałym człowiekiem, o bardzo bogatym wnętrzu. Dzisiaj już takich ludzi jak on jest coraz mniej, chyba dlatego aż tak mnie zauroczył swoją osobowością. Prosty, piękny człowiek, taki prawdziwy. Przyjemnie się z nim rozmawia na różne tematy. Każdemu polecam znajomość z nim. Ten człowiek jest jak świeży oddech w tym dzisiejszym zwariowanym świecie pędzącym do nie wiadomo dokąd. Na jego blogu odpoczywam i oddycham pełną piersią, ładuję się tak bardzo mi potrzebną pozytywną energią.

Poza tym każdą wolną chwilę spędzałam na łonie natury. O moim zachwycie zimą już pisałam, ale nie wspominałam o tym, że na granicy zimy z wiosną odwiedziłam okoliczne góry. To było prawdziwie magiczne przeżycie. W mieście już zapanowała wiosna, podczas gdy tam, w górach nadal królowała zima. Wszędzie było biało i pięknie. Narciarze nadal cieszyli się swoim sportem, dzieciaki zjeżdżały razem z rodzicami na sankach ze stoku ciągle jeszcze pokrytego śniegiem, chociaż po zarówno stoku, trasy narciarskiej, jak i szlaku po którym szłam kantach dało się zauważyć przepychającą się przez śnieg wiosnę. Powoli, ale skutecznie zaczęła ona zmuszać zimę do odejścia.

Wędrowałam po dobrze odśnieżonym i znajomym mi szlaku, przeznaczonym dla takich górskich amatorów jak ja. Było wspaniale, cicho i pięknie. To był prawdziwy relaks. Już dawno odkryłam, że chodzenie po górach wprawia w ruch wszystkie mięśnie. Jest to zatem wspaniały sport dla spragnionych ruchu, ale nie czujących się zbyt dobrze w siłowni, również dla takich walczących z bólem, jak ja uparciuchów. Poza tym otoczenie tak pięknej natury podnosi również samopoczucie psychiczne, wyzwala niesamowicie wiele pozytywnej energii, którą się tylko chłonie i to bez ograniczeń. Wszelkie napięcie spada, uwalnia się optymizm i wiara, że jeżeli daję radę deptać po górach, to poradzę sobie ze wszystkimi innymi przeszkodami na mojej drodze. Wróciłam do domu zupełnie odnowiona i bardzo szczęśliwa.

Aby uniknąć bólu mięśni dobrze jest po takich odwiedzinach w górach wykonać kilka prostych ćwiczeń rozciągających i napić się soku pomidorowego w większej ilości, który pomaga w usuwaniu zakwaszeń z mięśni i w ten sposób ból szybciej łagodnieje.
  

czwartek, 28 marca 2013

Wyjęte z pamiętnika

Poniedziałek 2004.11.29

Ciężar w klatce piersiowej, ból kręgosłupa i ramion, sztywny i bolący kark, były moim towarzystwem w ciągu całego dzisiejszego dnia. Jestem już tak bardzo zmęczona tym "obolałym towarzystwem" w moim ciele i nieustanną myślą << co ze mną będzie? >> że czasami mam już wszystkiego dosyć. Jednak ta silna część mnie, ta dawna ja od razu odpędza zwątpienie ode mnie. Potrząsa mną jak gdyby chciała mnie ocucić. I tym razem znowu jej się to udaje. Ogarnęłam się i pojechałam jak zwykle do ośrodka rehabilitacji.

Od dzisiaj zaczynam iść przez różne stanowiska pracy, by sprawdzić czy i do czego się jeszcze nadaję? Jestem pełna obaw, ale i nadziei. Ta słaba we mnie ja mówi mi - nie dasz rady! Ta silna, dawna ja mówi zupełnie coś innego - trzymaj się dziewczyno, wszystko jest jeszcze przed tobą. Odwracam się od tej pierwszej - słabej, daję posłuch tej drugiej - silnej. Gdzieś wyczytałam kiedyś, że pozytywne myśli uskrzydlają, leczą. Trzymam się tego.

Pierwszą stacją/zajęciem od jakiego zaczynam jest praca w kuchni. Nie źle, ale nie jestem pewna, czy to jest coś dla mnie. To co sprawia mi kłopot jest zbyt długie stanie w jednym miejscu w dodatku z pochyloną głową. Ból wtedy nasila się i to w całym ciele. Kark i kręgosłup odzywają się niemal natychmiast, ramiona zaczynają ciążyć i piec niemiłosiernie. Jestem zmuszona położyć się na ławce w przedsionku i odpocząć. Robiłam to nazbyt często, za często. Muszę wytrzymać z tym zajęciem cały tydzień, chociaż teraz już wiem na pewno, że praca w kuchni nie jest dla mnie.

Żeby wytrzymać w drodze do domu byłam zmuszona znowu pomóc sobie tabletką przeciw bólową. Nienawidzę tego! Nie chcę się uzależniać od tabletek. Przecież wiem, że przeciw bólowe nie leczą tylko oszukują organizm. Muszę coś z tym zrobić - pomyślałam. Ta myśl uderzyła mnie. Coraz częściej łapię się na tym, że zaczynam skupiać się nie tylko na swoich dolegliwościach, ale i na szukaniu sposobu by sobie z nimi poradzić. To dobrze, to bardzo dobrze! To jest dowód na to, że jeszcze będą ze mnie ludzie - (?) - że  jednak powoli staję się silniejsza, że coś w sobie przełamuję, tylko jeszcze nie bardzo wiem co. Chociaż ...? Chyba wiem, ale ciągle nie wierzę, że jest to możliwe.

Sama atmosfera w "pracy", ludzie, których spotkałam, były bez zarzutu. Poczułam się wśród nich dobrze, brakowało mi tego prawdę mówiąc, jednak nic więcej jak na razie nie mogę na ten temat powiedzieć. To przecież był dopiero pierwszy dzień mojej pracy i współpracy po długiej przerwie i po panice jaka mnie ogarniała na samą myśl o spotkaniu kogokolwiek spoza członków mojej rodziny. Wydarzyło się dzisiaj zbyt wiele na raz i mam trochę ciężko pozbierać myśli. Uczucia są mieszane i trochę ciężko mi je sprecyzować. Jedyne co mogę teraz powiedzieć, to to, że dzień był długi i że jestem bardzo zmęczona, jednak po raz pierwszy bardziej fizycznie niż psychicznie czym jestem miło zaskoczona.

czwartek, 21 marca 2013

Krzyku różne oblicza

Czasami dusza też musi pokrzyczeć. Wzbranianie się przed tym, jak powstrzymywane łzy zatruwa organizm powoli acz skutecznie. Cierpiąca psychika działa jak trucizna, obezwładnia cały organizm. Człowiek zaczyna chorować. Aby nie dopuścić do tego wyładuj swoje złe emocje za każdym razem gdy zachodzi taka potrzeba. Nie chowaj ich w sobie, nie gromadź jak cegieł na budowie. Nie buduj z nich muru, którego nie będziesz mógł w końcu przeskoczyć, który oddzieli cię od rzeczywistości i pozbawi właściwej jej oceny. Nie wzbraniaj się być sobą, to bardzo ważne, to jest twój wentyl bezpieczeństwa, twoja regulacja zbyt wysokiego ciśnienia dosłownie i w przenośni.

Krzyczeć można na różne sposoby. Każda dusza robi to inaczej. Jedna nie chce wytrzeźwieć, druga szuka samotności, a jeszcze inna staje się wylewna albo milczy jak zaklęta. Są też takie dusze, których krzykiem jest pracoholizm lub też bezwład z patrzeniem godzinami tylko w sufit. Taki krzyk jest złem samym w sobie, zabija duszę. Ten krzyk, to cierpienie.

Każde cierpienie formuje człowieka, szlifuje go, jest więc niezbędne, tak jak niezbędna jest w chwili cierpienia czyjaś wyciągnięta, pomocna ręka, często kogoś, kto jeszcze mocniej od nas cierpi - chodzi o zrozumienie. Taki ktoś pomagając komuś jeszcze bardziej słabszemu od siebie w pierwszym momencie nie wie, że pomaga nie tylko jemu, ale właśnie dokonał mistrzowskiego szlifu swojej duszy - wzmocnił ją, pokonał swoje własne słabości, uodpornił się na nie, zrozumiał jak wiele tak naprawdę może mimo swojej słabości. Dociera do niego świadomość mocy, jaka tkwi w każdym z nas. Od tego momentu staje się silniejszy, w końcu wracają do niego wszystkie siły witalne - zdrowieje, oczyścił bowiem swoją psychikę z niemocy i lęku, znowu jest w stanie zadbać o siebie, o swoją całość, a przy okazji zadbać o słabszego od siebie. Zdrowa psychika jest najlepszym naszym lekarzem, dbajmy więc o nią.

Jeżeli zachodzi taka potrzeba, to otwierajmy własny wentyl bezpieczeństwa i dajmy upust naszym emocją - pokrzyczmy sobie werbalnie, ponarzekajmy lub pośmiejmy się, rozbijmy talerz o ścianę, trzaśnijmy drzwiami albo pobiegnijmy dookoła swojego osiedla by się najzwyczajniej w świecie rozładować ze złych emocji. Taki krzyk dosłownie i w przenośni to nie żaden brak taktu, to samo zdrowie. Po burzy zawsze świeci słońce, a oczyszczone powietrze dotlenia.

Najgorszym z krzyków jest ten, gdy ktoś ma już tak wszystkiego dosyć, że nie chce wytrzeźwieć albo zakopuje się w samotności, izoluje się po to, by umierać śmiercią powolną, jak słoń chce być sam na cmentarzysku bez świadków swojej agonii. Ty, który stoisz wtedy obok i widzisz cierpienie pokonanego, spoglądasz na nie obojętnie lub nawet z pogardą - rozum, że w tym momencie nie słyszysz, ale widzisz rozpaczliwy krzyk kogoś wołającego o pomoc inaczej. Nie odwracaj się od tego widoku, zrób coś by pomóc. Często wystarczy wtedy mały gest, uśmiech, ciepłe słowo, poświęcenie odrobiny swojego czasu, wyciągnięcie pomocnej ręki, nawet wbrew woli krzyczącego. Podaruj temu komuś życie w prezencie, a sobie radość, że dałeś komuś coś z siebie. Co człowiek sieje, to też i zbiera. Nikt z nas nie wie, kiedy sam będzie potrzebował pomocy.

"Krzyczmy" więc werbalnie, gdy zachodzi taka potrzeba, wyrzućmy wszelki gniew i żal z siebie ale się przy tym nie obrażajmy wzajemnie, "krzyczmy" tak sami i innym tego krzyku nie wzbraniajmy. Nie tylko śmiech, ale i krzyk dosłownie i w przenośni to zdrowie. Rozładowuje, odpręża, usuwa złe emocje - toksyny z naszej duszy, oczyszcza psychikę. Zawsze można powiedzieć sobie potem przepraszam, rozumiem, nie ma sprawy, ważne, że poczułeś/łaś się już lepiej.

Pamiętaj - krzyk dosłownie i w przenośni to też jest zdrowie.

czwartek, 14 marca 2013

Łzy szczęścia

To, że można płakać ze szczęścia nie jest nowiną dla nikogo, ani to, że nikomu nie zdarza się to zbyt często.

Z moich oczu popłynęły takie łzy dwa razy w ostatnim tygodniu. Tak, mam powody być zadowoloną i szczęśliwą. Te powody, to nie tylko odzyskane zdrowie, ale i moi wspaniali synowie, moja nagroda za wszystko.

Dzięki nim wiem, że całe moje poświęcenie się dla nich, dla rodziny, którą zawsze stawiałam na pierwszym miejscu, zaraz po Bogu zapominając o sobie, o własnych potrzebach, nie było na marne, że wszystko co już minęło miało sens, podobnie jak wszystko, co nadal trwa również go ma. Każde jedno doświadczenie, każdy wysiłek, nawet utrata zdrowia z tego powodu, a szczególnie późniejsza walka o powrót do niego z myślą o nich i z ich wsparciem miało sens.

Jestem z nich tak bardzo dumna i nie tylko dlatego, że radzą sobie świetnie w swoim życiu, ale głównie dlatego, że coraz częściej pokazują mi efekty naszej-rodziców ciężkiej pracy w wszczepianiu im zasad i wartości, z którymi my sami rośliśmy, które wynieśliśmy z własnych domów, a które tak bardzo pomagają żyć mimo iż dawno już stały się niemodne w tym dzisiejszym, przewróconym do góry nogami świecie. Udowodnili mi oni ostatnio, że są już w pełni dojrzali, że oprócz wartości i zasad udało nam się im wszczepić tak bardzo ważną w życiu człowieka empatię.

Chwała Bogu niech będzie za to! Bo to On był najlepszym moim doradcą we wszystkim. Moje szczere rozmowy z Nim, jak z niewidzialnym przyjacielem, moje z Nim kłótnie i zwady na samotnych spacerach wśród szumu leśnych drzew. Moje wyrzuty i pretensje do Niego, mój żal tak szczerze wypowiadany, tak z głębi serca, zwyczajnie i po prostu. Jakby dziecko rozmawiało z ojcem. Tupanie nóżkami, ale i szukanie schronienia w Jego ramionach. Mój krzyk do Niego – Nie opuszczaj mnie teraz! Przecież widzisz, że tak bardzo Cię potrzebuję! Karć mnie, ale i kochaj! Pokaż mi Twoją miłość! A On się na mnie za to nie gniewał, wprost przeciwnie – sercu szczeremu szczerze odpowiedział i stanął przy mnie i wziął mnie za rękę i do dzisiaj prowadzi, obdarowuje mnie niezasłużenie swoim błogosławieństwem, wsparciem, na swoich rękach mnie nosi i na dodatek nic za to nie chce, jeszcze dobrymi synami wynagrodził.