Wstęp


Wejście w ścianę było punktem zwrotnym w moim życiu. Od tego momentu już nic w nim nie było takie jak przedtem. Najpierw ogromna depresja uczyniła ze mnie chodzące zombie, potem okres powolnego wracania do zdrowia uświadamiał mi coraz bardziej, co w życiu jest najważniejsze? Dwa lata i osiem miesięcy wyszarpnięte z życia, które jednak, jak się później okazało, nie były dla mnie czasem straconym. Nie tylko odzyskałam zdrowie ale wyszłam z tego największego w moim życiu kryzysu wzmocniona zgodnie z zasadą że to co nas nie zabije, to nas wzmocni. Dokładnie tak się stało w moim przypadku.

Największą rolę w moim zdrowieniu odegrała właśnie natura w szerokim tego słowa znaczeniu. W chwilach przebłysków spisywałam to co czułam w danym momencie w moim pamiętniku, później w podobnych chwilach odczytywałam moje myśli określające najgłębsze odczucia i płakałam, płakałam, płakałam. W końcu nie było już łez, był smutek, po nim przyszedł spokój a na koniec pierwszy po kilkudziesięciu miesiącach uśmiech. Najbliżsi byli moim wsparciem, najlepsza przyjaciółka powiernicą, mój pies towarzyszem na długich spacerach, Bóg opoką, a rozmowa z nim terapią najwyższej jakości.

To doświadczenie przymusiło mnie niejako do studiowania siebie samej, wsłuchiwania się w to co mówi mi mój własny organizm i stawiania jego potrzeb na pierwszym miejscu. Na nowo polubiłam siebie i mogłam rozpocząć walkę o powrót do zupełnego zdrowia. Podstawą do tego było zdobywanie szerokiej wiedzy z zakresu dbania o zdrowie i zapobiegania nie pożądanym dolegliwością rożnymi metodami najczęściej mającymi związek z naturą i ruchem fizycznym. Dzisiaj chcę się dzielić moimi doświadczeniami i wiedzą z każdym kto tego chce.




niedziela, 24 lutego 2013

Rozmaryn lekarski


Można go nie tylko dodawać do kąpieli, ale również sporządzać z niego napary i herbatę. Można go także z powodzeniem używać w kuchni jako przyprawy nie tylko zapachowej, ale również wspomagającej trawienie (pobudza apetyt oraz zwiększa przepływ soków trawiennych, także łagodzi gazy i wzdęcia. Pomaga w trawieniu pokarmów i w wchłanianiu składników odżywczych. Zawarte w nim gorczyce wspomagają działanie wątroby i pęcherzyka żółciowego, zwiększają przepływ żółci oraz proces trawienia tłuszczy). Napar z rozmarynu jest świetnym lekiem na niestrawności żołądkowe i na dolegliwości reumatyczne. Poza tym zewnętrzne stosowanie go (kąpiel) zwalcza zaburzenia krążenia krwi. Jest on polecany szczególnie w przypadku niskiego ciśnienia krwi. Aby nie mieć problemów z zaśnięciem nie powinno się brać kąpieli w rozmarynie wieczorem. Ma on właściwości:
 
- ściągające,
- odżywcze (szczególnie dla serca, mózgu, oraz układu nerwowego),
- pomaga w leczeniu napięć nerwowych, wyczerpania, depresji, służy jako środek odżywczy podczas rekonwalescencji),
- napotne (pomaga w obniżeniu gorączki),
- przeciwbakteryjne i odkażające,
- pobudzające (podnosi koncentrację),
- odmładzające, czyli zwalniające proces starzenia się,
- i wiele innych.

UWAGA!
Kobiety ciężarne nie powinny zażywać kąpieli w rozmarynie. Może spowodować poronienie.

Swoje specyficzne właściwości zawdzięcza rozmaryn zawartym w sobie olejkom lotnym w wysokim stężeniu (1-2,5%), a także takim składnikom jak:

- kamfora (działa przeciwbólowo, pomaga w zwalczaniu problemów skórnych, np. opryszczki na wardze). Maść kamforowa to świetny środek do nacierania klatki piersiowej w czasie przeziębień - ma głównie zastosowanie zewnętrzne. Olejku kamforowego nie należy stosować wewnętrznie.

- borneol,
- cyneol - wspomniany wyżej olejek lotny.

Zioło to jest silnym przeciwutleniaczem, zapobiegającym uszkodzeniu komórek przez wolne rodniki. Oczywiście jak ze wszystkim w życiu, tak i w przypadku rozmarynu należy zachować umiar i rozwagę.
Więcej przeczytasz tu. http://zielnik.herbs2000.com/ziola/rozmaryn_l.htm

wtorek, 12 lutego 2013

Znowu filozofowania chwila

Dzisiaj rozwinąć chcę myśl, którą podpowiedział mi Portier - autor wspaniałego bloga, jednym ze swoich wpisów tak bardzo zgadzającym się z omawianym tu przeze mnie tematem. Częściowo moja myśl jest rozwinięciem komentarza jaki zostawiłam pod tym jego mądrym wpisem, a częściowo wspomnieniem moich własnych doświadczeń.

Gonitwa za marnościami, brak czasu na zatrzymanie się i refleksję, monotonia sprowadzająca się często tylko do pracy, jedzenia i spania i tak na okrągło, pozbawia człowieka rozpoznania sensu zawartego w życiu. To właśnie wtedy płynie ono jakby obok niego, jakby jego własne ja nie istniało. Zapomniał o sobie, zapomniał o innych lub też pamiętał tylko o nich, o ich potrzebach zapominając o swoich. W końcu stoczył się do "niebytu" i w rezultacie nie potrafi już więcej wykrzesać z siebie niczego wartościowego dla nikogo, tym bardziej dla siebie samego. Zszedł do szaroświatu-życia bez pielęgnowania prawdziwych wartości i w ten sposób dał się pochłonąć nicości. Wypalił się, stał się pustym naczyniem. Chciałby nadal dawać z siebie innym, ale nie ma już nic czym mógłby się podzielić. Ta niemoc ograbia go z wiary w siebie i sprawia, że czuje się jak spętana ofiara złożona na ołtarzu. Jego świat stał się bezbarwny, szary i pusty jak ławka w zimowy wieczór.

I tego nie muszę sobie wyobrażać. Ja tam byłam przez ponad trzydzieści miesięcy, w tym świecie bez kolorów. Próbowałam krzyczeć, ale był to krzyk bezgłośny. Próbowałam wypłynąć z tej nicości na powierzchnię, ale długo nie mogłam. Ta, nie szara, a czarna otchłań silniejsza była ode mnie. Trwałam w niej bezsilna dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, aż do momentu gdy wytężyłam resztki moich sił by to zmienić. I udało się. I znowu zobaczyłam kolory. Zdążyłam się cofnąć, ale tylko Bóg wie na jak długo.

Każdy w końcu musi odejść, ale nie każdy w niebyt. Te dwa światy mogą połączyć się w jeden dla tych, którzy akceptują mijający czas, siebie i robią dobry użytek z tych wartości. Oni będą trwać w tym co posiali i w swoich potomkach, bo zadbali o swoje odbicie w lustrze z myślą o bliskości tej drugiej strony i z wiarą, że dla wytrwałych w pokonywaniu szaroświatu, tam, po drugiej stronie bólu nie ma.

Przemijanie jednych jest narodzinami drugich i tak bez końca życie trwa przechodząc tylko z jednej na drugą stronę lustra. Właśnie dlatego tak ważne jest nie zapominać o zatrzymywaniu się na chwilę podczas swojej wędrówki i poddaniu się refleksji, by nie dać się pochłonąć szaroświatowi, by nie zniknęło na zawsze twoje odbicie w lustrze.

sobota, 9 lutego 2013

Zimowy walc

Ostatnie dwa dni tańczyłam zimowego walca. Naprawdę! Wprawdzie nie na łyżwach i nie na lodzie, ale chodząc w śniegu i jeżdżąc na rowerze między spadającymi z nieba śnieżynkami. Było tak cudnie, że dech zapierało mi w piersiach. Co chwilę przystając w zachwycie i z zachwytem robiłam zdjęcia Pani Zimie. Ona jest bardzo wdzięczną modelką, chociaż ja niekoniecznie dobrym fotografem. Robiłam jednak zdjęcia, by utrwalić jej piękno nie tylko wspomnieniem w mojej duszy. Oto kilka z nich.

Temperatura była blisko zera, co tym bardziej zachęcało do obcowania z naturą. Byłam w drodze do pracy, jednak nie spieszyłam się zbytnio. Dałam sobie czas na przystawanie i podziwianie zimowego uroku. Czerpałam z natury pozytywną energię, ładowałam swoje baterie jej pięknem. Piękno, które jest wszędzie dookoła nas, zawsze rodzi w człowieku chęć do życia i działania, pomaga doceniać szczęście jakim jest samo życie, a to z kolei podnosi człowieka kreatywność. Dzisiaj, ludzie stanowczo za dużo stresują się, są ciągle tacy zabiegani, że patrząc przed siebie często niczego nie widzą. Zdarza się, że nie poznają mijanych na ulicy znajomych. Nawet nie zauważyliby zimy, gdyby czasami nie zmarzli, gdyby nie musieli odśnieżyć swoich drogich zabawek. Ja także kiedyś tak żyłam, brałam udział w wyścigu donikąd. Ciągle nie mieściłam się czasowo w dobie, tyle miałam zajęć i obowiązków, które zawsze były ważniejsze ode mnie. Nie miałam czasu, by zatrzymać się na chwilę, by docenić otaczające mnie piękno, by zauważyć, że życie nie składa się tylko z pracy, jedzenia i spania. Życie to coś o wiele więcej! Życie, to także są moje potrzeby, spełnianie moich własnych marzeń, to wsłuchiwanie się w melodię własnej duszy.


Mówiłam, że moim szczęściem jest szczęście moich najbliższych, ich spełnienie, jest moim spełnieniem. I nie myliłam się, ale tylko częściowo. Częściowo nie miałam racji. Dzisiaj już wiem, że oszukiwałam samą siebie. Wszyscy są bardzo ważni, ale pamiętanie o ciągłym napełnianiu własnego naczynia, jest nie mniej ważne, by zachować balans, by nie zgubić gdzieś po drodze własnego życia.

Wyjęte z pamiętnika

Wyjęte z pamiętnika Piątek 2004.11.26

Dzięki medycynie przeciwbólowej spałam dosyć dobrze całą noc. Rano wstałam jakby zdrowsza, bardziej rześka. To cudowne uczucie! Szkoda tylko, ze tak szybko opuściło mnie. Ból przyszedł nagle, gdy stałam przy zlewie i zmywałam naczynia po śniadaniu. Zacisnęłam zęby, nie chciałam, by moi najbliżsi zauważyli, że cierpię. Dokończyłam zmywanie.

Moi domownicy wyjeżdżają z domu do swoich codziennych zajęć przed godziną ósmą rano, zabrałam się więc z nimi. Ja i moja suczka wysiadłyśmy z samochodu w następnej dzielnicy, by spacerem wrócić do domu. Dosyć często tak robimy. Jednak tym razem było mi ciężko iść. Biodra bolały mnie tak bardzo mocno, że łzy same zaczęły płynąć mi z oczu. Musiałam często przystanąć i odpocząć. Moja pieska zaczęła się niepokoić i próbowała mnie pocieszać na swój, dobrze mi znany sposób. Sama zaczęłam myśleć, że chyba tym razem nie dam rady, że będę zmuszona zadzwonić po pomoc. Coraz częściej przystawałyśmy bym mogła trochę odpocząć. W końcu udało się nam dojść do domu bez wzywania pomocy. Ten spacer zabrał nam dużo czasu, ale cieszyłam się w duchu, że się nie poddałam, że znowu pokonałam własną słabość. Jeszcze będą ze mnie ludzie - szepnęłam do ucha mojej suczce przytulając się do niej i dziękując za wsparcie. Pomachała trochę smutno ogonem.
Wzięłam przeciwbólowe i położyłam się na sofie, by trochę odpocząć.

Jak mam opisać ten ból, który jest tak ogromny, że wyciska z oczu łzy i syknięcie przy każdym najmniejszym ruchu? Nie ma takich słów! Tego się nie da opisać. Tabletki przeciwbólowe zaczęły działać i mogłam na nowo zacząć się kręcić po mieszkaniu. Gdzieś wyczytałam, że przy takich jak moje dolegliwościach trzeba się ruszać, że to bardzo ważne. Wzięłam to sobie do serca i wypisałam w pamięci. Szeptałam sama do siebie - nie poddawaj się dziewczyno, twój upór musi się w końcu opłacić, tylko musisz się ruszać, nie wolno ci się poddać bólowi. Uff! Co za życie ja mam!? Ponarzekałam sobie trochę pod nosem i zrobiło mi się ciut weselej na duszy. Jeszcze bardziej poprawił mi się humor, gdy mój mąż wrócił do domu z pięknym i ogromnym bukietem czerwonych róż dla mnie. Dając mi go wypowiedział te dwa magiczne słowa - kocham cię!

Zawsze mnie wzmacnia tymi swoimi małymi niespodziankami i gestami i sprawia, że zaczynam się czuć lepiej. W takich momentach jeszcze bardziej chce mi się walczyć o moje zdrowie i nie tylko dla siebie, ale dla nich, dla tych, których kocham i którzy kochają mnie i pokazują mi na każdym kroku, że jestem im potrzebna. Tak! To wsparcie, które mam ze strony moich najbliższych, od moich przyjaciół właśnie teraz, gdy potrzebuję ich najbardziej, jest dla mnie bezcenne. To ich wsparcie pomaga mi zaakceptować siebie samą, taką jaka w tej chwili jestem, pomaga mi rozumieć, że moje ograniczenia nie zmniejszają mojej wartości jako mamy, żony, córki i przyjaciółki, jako człowieka. Tak! Czym byłoby życie bez rodziny i przyjaciół? Mój organizm zawodzi mnie, ale nie oni.

piątek, 8 lutego 2013

Prawdziwy klejnot

Zobacz jakiej pięknej planety jesteś cząstką. Czy to doceniasz? Ziemia to prawdziwy klejnot w kosmosie, to nasz dom. Żyj i ciesz się życiem na niej póki możesz. Życie to prawdziwy jest dar. Dbajmy o nie i o nasz wspólny dom.
 
 

wtorek, 5 lutego 2013

Pamiętaj o sobie

Dlaczego własne ja jest takie ważne i nie tylko w procesie zdrowienia?

Grzechem głównym jaki popełniłam w tej kwestii było to, że zapomniałam o sobie.
" Z pustego i Salomon nie naleje." - to jest oczywista oczywistość, której nikomu nie trzeba tłumaczyć. A jednak! Jednak nie jest to do końca takie oczywiste jeżeli chodzi o człowieka. Bo czy człowiek może być pusty? Czy jest to możliwe?

Tak! To jest możliwe. Człowiek nie tylko może stać się wewnątrz pusty, ale może też pójść o wiele głębiej, może nie tylko dosięgnąć dna lecz również przeniknąć przez nie i zacząć żyć na coraz większym minusie emocjonalnym doprowadzającym go do znienawidzenia samego siebie, a tym samym innych ludzi i wszystkiego co go otacza. Życie wtedy traci dla niego sens. Taki człowiek nie jest w stanie wykrzesać z siebie niczego dobrego, bo dobro przestało dla niego istnieć. Taki człowiek nie może już nic z siebie dać. To właśnie wtedy człowiek staje się chodzącym zombie.

Ale czy na pewno się nie mylę twierdząc, że człowiek może być pusty podobnie jak puste naczynie? Czy mam rację skoro zaraz potem piszę, że to puste miejsce zostało jednak wypełnione? Negatywnymi uczuciami, emocjami, ale jednak nie pozostało puste. Właśnie! I to jest coś, co wyróżnia nas ludzi spośród całego stworzenia, jak i rzeczy martwych, do których, jak w przypadku pustego naczynia, często lubimy się porównywać. I to jest - ten brak pustki w człowieku, wbrew pozorom jego siła, pozytywna, czy negatywna ale jednak siła, którą dysponuje każdy z nas. Aby więc odpowiedź na pytanie - czy człowiek może być pusty? była prawidłowa, musi ona brzmieć - nie! Człowiek to żywe naczynie, dlatego zawsze będzie wypełnione. Problem jednak leży w tym, czym będzie ono wypełnione? Życiodajną, pozytywną energią, czy wyniszczającą człowieka energią negatywną?

Aby móc dawać, trzeba koniecznie nauczyć się brać. To prawda, że:
"Więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu." - jak nauczał Jezus, ale prawdą jest też, że aby dawać trzeba mieć, aby mieć trzeba nauczyć się brać z życia i od innych dla siebie to, co się każdemu z nas należy. Skoro dawanie czyni nas szczęśliwymi, to musimy przyjąć, że dla tych, którzy chcą nas czymś obdarować, ten gest też przynosi szczęście. Biorąc więc sprawiamy komuś radość, napełniamy jego naczynie szczęściem i właśnie o tym nie wolno nam zapominać, i właśnie tego moim zdaniem dotyczy powyżej zacytowana przeze mnie wypowiedź Jezusa, jak ja to teraz i nareszcie rozumiem.

Mnie zaprogramowano na dawanie, na bezinteresowne pomaganie. Zawsze mnie uczono, że wpierw trzeba myśleć o innych, że myśleć o sobie to egoizm, a kochać siebie to narcyzm, że dla człowieka porządnego myślenie o sobie nie przystoi, że to jest coś brzydkiego, że człowiek powinien raczej być skromny we własnej ocenie i stawiać siebie zawsze w cieniu innych, aby nie zostać posądzonym o wywyższanie się. A przecież w tym wszystkim nie chodzi o samouwielbienie, tu chodzi jedynie o pokochanie siebie samego, by móc czerpać z tej miłości własnej pozytywną siłę, zachowywać swoje naczynie zawsze pełnym i móc w nieskończoność czerpać z niego z korzyścią dla siebie i innych. Tylko wtedy, uważam, możliwe jest zachowanie balansu we wszystkim. Gdybym rozumiała to wcześniej, to myślę, że uniknęłabym wejścia w przysłowiową ścianę.

Gdy tylko dajemy z siebie, nic nie biorąc w zamian, to z czasem nie mamy już nic do dania. Gdy nasze konto zaczyna świecić pustką, sięgamy po rezerwę, która jest w każdym z nas, zadłużamy się u siebie samych na zbyt wysoki procent, w końcu plajtujemy i stajemy się nędzarzami - ludzkimi wrakami - stajemy się niezadowoleni i nieszczęśliwi.

Aby tego uniknąć moja rada jest taka - pokochaj siebie samego, abyś mógł kochać innych. Pomyśl o zaspokojeniu własnych potrzeb wpierw, abyś mógł mieć czym się dzielić z innymi. Pamiętaj, że:
"Z pustego i Salomon nie naleje."
Pamiętaj, że biorąc czynisz innych szczęśliwymi, bo nie tylko tobie dawanie sprawia radość. W ten sposób zachowujesz swoje naczynie pełnym i pomagasz w tym samym innym. Dobro nie jest i nigdy nie było głupotą. Odrobina egoizmu jest jak sól - pozwala zachować balans, zdrowie i radość z życia. A tego właśnie życzę nam wszystkim.
 

poniedziałek, 4 lutego 2013

Ach to moje dociekanie!

Dzisiaj spoglądając wstecz, przypominając sobie mnie z okresu mojej choroby zastanawiam się nad siłą drzemiącą w człowieku, która pcha go do walki, do przezwyciężenia swoich własnych słabości. Bo to właśnie one, moim zdaniem, są człowieka największym wrogiem. Te niechciane, a jednak pielęgnowane przez samego właściciela własnego ja, słabości.

Dobrze, że istnieje coś takiego jak podświadomość. Myślę, że ona jest rezerwą witalności w naszym jestestwie, pamięcią naszej osobowości, chroniącą nas przed całkowitym upadkiem w czasie kryzysu wewnętrznego. Zawsze w odpowiednim momencie staje przed zamkniętymi drzwiami do naszego wnętrza i kołacze w te drzwi uparcie i coraz głośniej, tak byśmy w końcu musieli jej dobijanie się do nas usłyszeć, uchylić na moment drzwi i to już dla niej wystarczy. Już zdąży wcisnąć się do naszego wnętrza i pozostać w nim, by w końcu przygotować je na przyjęcie i zadomowienie się w nim na nowo naszego zagubionego na chwilę ja.
Bo nasza podświadomość silniejsza jest od nas i nie poddaje się tak łatwo. Walczy o nas do końca i gdy tylko zechcemy jej dobijanie się do nas usłyszeć pomoże nam wygrać walkę z tym, co nas zniewoliło, z naszymi ułomnościami i słabościami, brakiem wiary w siebie. Pomoże nam na powrót odnaleźć nasze własne ja i do tego bardzo wzmocnione. Jestem tego żywym przykładem. Byłam jak powalone drzewo, a jednak znowu stoję.





Bóg tchnął w nas nie tylko życie, ale i siłę, by je przeżyć od początku do końca, wiarę, że jest to możliwe. Wyposażył nas we wszystko czego potrzebujemy, chodzi tylko o to, byśmy robili z tego dobry użytek.

Wyjęte z pamiętnika

Czwartek 2004.11.25 Wyjęte z pamiętnika

Dzisiaj znowu byłam w ośrodku rehabilitacyjnym. Po rozmowie z moim opiekunem spotkałam moją gimnastyczkę i ergonomistkę zarazem. Te dwie rozmowy jedna po drugiej zabrały dużo czasu i zmęczyły mnie zarówno fizycznie jak i psychicznie. Ból w ciele nasilił się, mimo to nie poddałam się. To jest mój sposób na sprawdzanie siebie samej - ile wytrzymam i czy dam radę osiągnąć postawiony przez siebie samą cel, który chcę osiągnąć?

Gdy jestem tak zmęczona jak dzisiaj, to zaczynam się źle czuć, mam wrażenie, że chce mi się wymiotować, ale nic podobnego się nie dzieje. Nienawidzę tego uczucia! Nienawidzę czuć się taką słabą! Samej siebie wtedy nie poznaję i ogarnia mnie złość na samą siebie. Zastanawiam się nad tym, gdzie się podziała dawna ja, ta energiczna, wszystkiego ciekawa i radząca sobie ze wszystkim, zawsze pozytywnie usposobiona kobieta?


Po powrocie do domu byłam zbyt zmęczona aby wyjść na spacer z moją suczką i niestety zabrakło mi sił, by się temu mojemu zmęczeniu przeciwstawić. Jutro będzie lepiej - powiedziałam sama do siebie - wycisz się dziewczyno! Przecież rozumiesz, ..., że ... nie wszystko od razu, ..., że ... potrzebujesz czasu! Pocieszałam samą siebie.
Miałam jeszcze pół dnia przed sobą i musiałam go jakoś przeżyć, zagospodarować. Całe moje ciało było sztywne i obolałe, byłam zmuszona i dzisiaj pomóc sobie medycyną przeciw bólową. Zadziałało, ale ja nie byłam zadowolona. Odkąd pamiętam byłam przeciwniczką pakowania w siebie tej chemii.
Muszę coś z tym zrobić! Znaleźć inny sposób aby sobie pomóc - pomyślałam i w tym samym momencie pomyślałam również, że nie jest już tak źle ze mną, bo zaczynam szukać rozwiązań. Uśmiechnęłam się radośnie do tej myśli tak, jakbym odkryła nowy ląd. Poczułam, jak ta myśl wzmocniła mnie, wzmocniła we mnie wolę walki o siebie samą. Teraz już wiem, że dam radę.

niedziela, 3 lutego 2013

Zimowy spacer w cieple dwóch serc

Dzisiaj byłam na spacerze w towarzystwie kogoś bardzo mi bliskiego. Było cudownie. Przy pląsających między bezlistnymi, przydrożnymi drzewami, promieniach zimowego słońca przeszliśmy pół miasta rozmawiając o wszystkim i o niczym. Było nam ciepło mimo minusowej temperatury, a śmiech towarzyszył nam całą drogę. Zima potrafi być naprawdę piękną gdy jej biel przystroi się w uczucia, a mroźne powietrze ogrzeje ciepłem kochających się dwóch serc.

     Posłuchaj  zimy duszą Vivaldiego, zobacz oczami fotografa-artysty.
                                                    
                                              www.tapety-na-pulpit.org.pl

                                           Vivaldi "Cztery pory roku - Zima"

 
 

sobota, 2 lutego 2013

Moje małe filozofowanie

Wiele razy zadawałam sobie samej pytanie - co jest sensem naszego istnienia? Czy jest to tylko praca, spanie i jedzenie? Czy jest to tylko zdobywanie i przedłużanie naszego gatunku? Jeżeli tak, to w jakim celu? Po co? Jeżeli życie to nie tylko praca, spanie, jedzenie, zdobywanie i rozmnażanie się, ale również przyjemność, co nie ulega wg mnie wątpliwości, to jak dostrzec to ostatnie w całej tej wydawałoby się niepotrzebnej, codziennej bieganinie, by nie dać się wciągnąć w wir rzeki życia i nie utonąć w nim? Jak omijać ukryte w niej niebezpieczeństwa? Płynąć z prądem, czy pod prąd?

Płynięcie z prądem jest zbyt łatwe i nie satysfakcjonuje, natomiast płynięcie pod prąd wymaga ogromnego wysiłku i samozaparcia, szczególnie gdy chodzi o słuszną sprawę. Wymaga też treningu, a więc przygotowania, zahartowania, by nie stać się ofiarą ukrytych w rzece życia wirów. W dalszym ciągu jednak jest pytanie - po co to wszystko skoro i tak kiedyś musimy umrzeć? Jeżeli musimy umrzeć, to po co się starać? Po co dbać o siebie, o swoje i swoich najbliższych zdrowie, po co zabiegać o cokolwiek?

Wydaje mi się, że odpowiedź na te wszystkie pytania zawarłam w moim poprzednim poście - bo życie to dar jedyny i nie powtarzalny i każdy z nas to wie. I chociażby było ono biedne, czy najnędzniejsze z najnędzniejszych, to pragniemy je przeżyć całe i nie ważne z bólem, czy bez, czy je sobie chwalimy, czy nie, chcemy je zachować, bo jest mimo wszystko pięknym i niepowtarzalnym darem. Walczymy o nie nawet wtedy, gdy pozbawione jest ono wydawałoby się wszelkich wygód i przywilejów i w ogóle jakiegokolwiek sensu.

Życie to nie tylko praca, spanie, jedzenie, zdobywanie i rozmnażanie się, ale jest to również przyjemność dla strudzonego dbaniem o przetrwanie człowieka. To jest także radość z możliwości przeżywania i dostrzegania np. piękna, miłości, które są wszędzie i za darmo, a nawet bólu, który sprawia, że zaczynamy doceniać ten dar, jakim jest życie.

Często szukamy szczęścia po całym szerokim świecie, a tym czasem ono jest tuż obok nas, a raczej w nas - to jest samo życie. Tak! To samo życie jest szczęściem! Dlatego właśnie warto jest o nie dbać i nie tylko dla siebie i o swoje.

Szczęśliwy człowiek rozdaje szczęście, nieszczęśliwy człowiek sieje nienawiść nawet do siebie samego.

- Kiedy człowiek jest szczęśliwy?
 
- Moim zdaniem wtedy, gdy nie porównuje się z innymi, gdy docenia swój własny dar jaki otrzymał - swoje własne życie i cieszy się każdą jego sekundą bez względu na sytuację w jakiej się znajduje, gdy wie,  że potrzebny jest innym, a oni jemu.
 
-Kiedy człowiek jest nieszczęśliwy?

- Gdy mu inni wmówią, że brakuje mu czegoś, gdy mu wmówią, że jest biedny, że jest nikim i tam takie inne brednie. To rodzi w człowieku kompleksy, pragnienie posiadania i zazdrość posiadającym. To z kolei prowadzi go na drogę ciągłej udręki. Przestaje dostrzegać szczęście jakim jest jego własne życie i pragnie je przeżyć naśladując innych, bezosobowo - zgubił więc samego siebie. Taką zgubę najtrudniej jest odnaleźć -wg mnie. Często już nigdy lub dopiero na łożu śmierci.