Wstęp


Wejście w ścianę było punktem zwrotnym w moim życiu. Od tego momentu już nic w nim nie było takie jak przedtem. Najpierw ogromna depresja uczyniła ze mnie chodzące zombie, potem okres powolnego wracania do zdrowia uświadamiał mi coraz bardziej, co w życiu jest najważniejsze? Dwa lata i osiem miesięcy wyszarpnięte z życia, które jednak, jak się później okazało, nie były dla mnie czasem straconym. Nie tylko odzyskałam zdrowie ale wyszłam z tego największego w moim życiu kryzysu wzmocniona zgodnie z zasadą że to co nas nie zabije, to nas wzmocni. Dokładnie tak się stało w moim przypadku.

Największą rolę w moim zdrowieniu odegrała właśnie natura w szerokim tego słowa znaczeniu. W chwilach przebłysków spisywałam to co czułam w danym momencie w moim pamiętniku, później w podobnych chwilach odczytywałam moje myśli określające najgłębsze odczucia i płakałam, płakałam, płakałam. W końcu nie było już łez, był smutek, po nim przyszedł spokój a na koniec pierwszy po kilkudziesięciu miesiącach uśmiech. Najbliżsi byli moim wsparciem, najlepsza przyjaciółka powiernicą, mój pies towarzyszem na długich spacerach, Bóg opoką, a rozmowa z nim terapią najwyższej jakości.

To doświadczenie przymusiło mnie niejako do studiowania siebie samej, wsłuchiwania się w to co mówi mi mój własny organizm i stawiania jego potrzeb na pierwszym miejscu. Na nowo polubiłam siebie i mogłam rozpocząć walkę o powrót do zupełnego zdrowia. Podstawą do tego było zdobywanie szerokiej wiedzy z zakresu dbania o zdrowie i zapobiegania nie pożądanym dolegliwością rożnymi metodami najczęściej mającymi związek z naturą i ruchem fizycznym. Dzisiaj chcę się dzielić moimi doświadczeniami i wiedzą z każdym kto tego chce.




czwartek, 31 stycznia 2013

Życie to dar

I już znowu mamy czwartek. Nawet nie wiem kiedy ten czas minął. Dopiero co był weekend podczas którego tak się rozkręciłam, ze nie mogę się zatrzymać. Ha ha ha ha ha! To dobrze, to bardzo dobrze! Brakowało mi tego rozmachu, tej nieustannej bieganiny i krzątaniny wokół codziennych spraw, które tak naprawdę są esencją naszego życia. Trzeba, jak ja, wejść wpierw w przysłowiową ścianę by to zrozumieć i docenić. To one mobilizują nas do działania, planowania, budzą w nas chęć tworzenia i zdobywania nie wiadomo jak wysokich szczytów.

Każdego dnia rodzą się w nas nowe pomysły, nowe marzenia i każdego dnia mamy nadzieję na ich spełnienie. Sama nadzieja jednak, to o wiele za mało. Potrzebujemy tę nadzieję przemienić w wiarę, a wiarę w czyn. I jak już pisałam - dla chcącego nic trudnego. Mogłam ja, to może każdy.
Każdy człowiek jest w posiadaniu ogromnej siły, chociaż nie każdy człowiek zdaje sobie z tego sprawę.
Życie jest tu, teraz i wszędzie wokół nas, ono jest w nas samych, nie musimy więc go szukać, wystarczy się do niego uśmiechnąć, zauważyć jego piękno w rzeczach małych, w chwilkach, z których się ono składa, w których jest wiele szczęścia mimo iż często go nie dostrzegamy. Przeszkodą w tym jest często nasze porównywanie się z innymi. Niepotrzebnie, ponieważ każdy z nas jest wszechświatem we wszechświecie, każdy z nas jest spełnieniem czegoś, dopełnieniem kogoś, czyimś spełnionym marzeniem, w końcu każdy z nas jest niepowtarzalnym dziełem żywej sztuki przez duże "S", największego artysty jaki kiedykolwiek istniał, bo naszego Stwórcy. On tchnął w nas nie tylko życie, ale i siłę, by je przeżyć najpiękniej i najlepiej jak potrafimy, a nawet jeszcze piękniej.

Zakończę słowami ulubionej mojej piosenki:
"Bo życie to dar, nie zmarnuj go na smutki i żale - walcz! ... Bo życie to cud! ..."

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Weekend

Cały weekend spędziłam niezwykle intensywnie. Była praca wokół domu, spacery, zakupy i spędzanie czasu w miłym towarzystwie moich bliskich, którzy właśnie mnie odwiedzili.



Były ciekawe rozmowy, śmiech i zabawa z psem, były też chwile wyciszenia i poufnych szeptów przy filiżance herbaty lub też kawy.
Wędrowałam po lesie w ich towarzystwie i w asyście ich psa, później spacerowaliśmy po ogromnym targu w mieście. Kupiliśmy co nieco, zjedliśmy obiad w dosyć przytulnej restauracji, a na koniec, gdy po ponownym włóczeniu się między targowymi stoiskami zmarzliśmy wstąpiliśmy na gorącą kawę do kawiarni. Kawę i owszem kupiliśmy, ale ponieważ kawiarenkę już zamykano byliśmy zmuszeni wziąć ją ze sobą w zamkniętych kubkach jednorazowych i dopijać ją już w drodze do domu. Okazało się, że nie było to wcale takie głupie. Gorąca kawa świetnie smakuje i rozgrzewa na mrozie.

Były to bardzo zawirowane, pełen wrażeń dwa dni. Nawet nie zauważyłam kiedy one minęły. Dopiero wczoraj wieczorem, gdy znowu zostałam sama i gdy już posprzątałam mieszkanie po gościach przyszła do mnie refleksja.


Przecież jeszcze parę lat temu, gdyby ktoś mi powiedział, że takie intensywne życie będzie w przyszłości moim udziałem, nie uwierzyłabym. Naprawdę mam za co dziękować i Bogu, moim bliskim, którzy nie szczędzili mi swojej miłości i zrozumienia, swojego wsparcia i mojej powiernicy - suczce,

która przed trzema laty odeszła ode mnie zasypiając w śmierci, jak również mojej najlepszej przyjaciółce rozmawiającej ze mną dzień w dzień przez telefon. Mam za co dziękować naturze otulającej mnie troskliwie swoim bogactwem widoków, przeróżnej ciszy, gry świateł, kolorów i szeleszcząco-skrzypiąco-trzaskających głosów, jak również obfitującej i hojnej w dzieleniu się ze mną medycyną z apteki Bożej. Wreszcie mogę podziękować też sobie samej, że nie zrezygnowałam z walki o samą siebie wtedy, gdy wiara w to "całkowicie" mnie opuściła, że jednak znalazłam w sobie siłę nurka przebijającego się resztkami sił na powierzchnię wody, by ratować swe życie zaczerpnięciem wydawałoby się niemożliwego już do osiągnięcia haustu życiodajnego powietrza.

Tak! To prawda, że dopóki człowiek walczy, do póty nie jest pokonany. Nigdy więc nie rezygnuj z siebie samego. Walcz o siebie, o swoje życie, które jest darem jedynym, niepowtarzalnym i dlatego bezcennym. Warto o nie powalczyć, warto dla niego pokonywać własne słabości i ułomności. Życie naprawdę potrafi się za to odwdzięczyć.

Wyjęte z pamiętnika.

Wtorek 2004.11.23 Wyjęte z pamiętnika.






W drodze do ośrodka rehabilitacyjnego zrobiłam podobnie jak wczoraj - część drogi tam, przeszłam pieszo.

Pogoda mimo mrozu była piękna, słoneczna i zachęcała do takiego spaceru.
Postanowione - zrobione, ale dla mnie ten spacer okazał się być prawdziwym wyzwaniem. Szłam bardzo, bardzo powoli. Moje nogi wydawały mi się ciężkie, jakby były z ołowiu, a każdy krok był nie lada wysiłkiem tym bardziej, że biodra również dokuczały okrutnie swoją sztywnością i wywołanym przez to bólem. Na dodatek bolący kręgosłup sprawiał, że ramiona stały się ciężkie do niesienia. Czułam jak opuszcza mnie cała energia. Najchętniej bym usiadła, ale nie było gdzie więc musiałam iść. Pomyślałam sobie - nie poddam się, dam radę i tak też się stało.

Gdy już doszłam na miejsce powróciło do mnie uczucie zacisza domowego, od razu poczułam się, jak wczoraj, spokojna i bezpieczna między spotkanymi w ośrodku ludźmi. Znowu powróciła do mnie myśl, że opuszcza mnie uczucie paniki przed spotkaniem kogokolwiek, jak to miało miejsce jeszcze nie tak dawno temu, że na powrót zaczynam się dobrze czuć między ludźmi i że ich obecność wokół mnie zaczyna dobrze na mnie działać.

Już wiedziałam, że powoli, ale pewnie wracam do równowagi psychicznej, co w moim przypadku ma ogromne znaczenie, ponieważ będę mogła wreszcie sama zadbać o mój powrót do zdrowia, będę mogła nareszcie sama zawalczyć o siebie samą do czego byłam przyzwyczajona przecież, zanim weszłam w przysłowiową ścianę. ... < dłuższa chwila zamyślenia> ... .
 
Przypomniałam sobie jaką silną byłam kobietą, jak ze wszystkim radziłam sobie sama i nie oglądając się na nikogo dzielnie pokonywałam różne przeszkody i rozwiązywałam napotykane problemy w moim życiu. Zatęskniłam za tą moją dawną ja.
Ta tęsknota będzie moją siłą - pomyślałam - moim marzeniem. A marzenia są przecież po to, by je spełniać.

W między czasie, gdy rozmawiałam z moim bezpośrednim opiekunem - znawcą ludzkiej natury, doznałam mieszanych uczuć. Tak dawno temu opowiadałam o sobie komuś mi zupełnie nieznajomemu o moim życiu, o mnie samej, że poczułam się w tym momencie bardzo niewygodnie, jednocześnie miałam w sobie tę potrzebę, potrzebę mówienia i wyrzucenia z siebie wszystkiego, co przez lata narastało we mnie cierniem.

Ból kręgosłupa dawał się coraz bardziej we znaki. Była to odpowiedź mojego ciała na zbyt długie siedzenie w jednym miejscu. Głowa ciążyła coraz bardziej. Czułam się okrutnie zmęczona całą tą sytuacją i przytłoczona tak żywym wspomnieniem tej siłaczki, którą kiedyś byłam. Czasami jestem tak bardzo poirytowana, zła na samą siebie za to moje niechciane "kalectwo" chociaż niechętnie pokazuję to mojemu otoczeniu.
Powiedziałam o tym mojemu opiekunowi. On skomentował to krótko:

"I całkiem niepotrzebnie! Popracujemy nad tym." 

czwartek, 24 stycznia 2013

Mój "mercedes"

Wiosna, lato, jesień zima, cały rok na okrągło wszędzie w moim mieście poruszam się pieszo lub taż na rowerze. Kocham naturę, moją dobrodziejkę i nie chcę jej zanieczyszczać, dlatego z samochodu korzystam tylko sporadycznie, wtedy gdy wybieram się w daleką podróż, bądź na większe zakupy.


Dzisiejsza, piękna, zimowa pogoda wprost zachęca do ruchu. Drogi są dobrze odśnieżone więc jazda rowerem nie sprawiała żadnych trudności. Zresztą, dla mnie nie ma znaczenia pogoda. Czy to śnieżyca, czy ulewa, spiekota, czy wiejące w twarz wietrzysko, każdy dzień, w każdą pogodę muszę przecież dostać się do miejsca mojej pracy. Rower jest mi w tym bardzo pomocny. Nazywam go moim mercedesem, ha ha ha! Na nim dostanę się wszędzie gdzie tylko chcę.
Nie muszę stać w ogromnych korkach w godzinach szczytu, nie muszę się martwić o miejsce na parkingu albo o to, że paliwo drożeje. Rower to naprawdę najlepszy środek lokomocji jaki wymyślono na potrzeby lokalnego przemieszczania się i do tego bardzo ekologiczny. Jazda rowerem jest świetnym treningiem dla najważniejszego mięśnia w naszym organizmie jakim jest serce. Przynosi też wiele korzyści pozostałym jego mięśniom. Poprawia naszą kondycję i samopoczucie, ponieważ jazda rowerem wiąże się z uczuciem pełnej wolności.


Po takim ruchu dobrze robi mi kąpiel, z dodatkiem do wody wywaru z rozmarynu lub tymianku.
Wystarczy poleżeć w takiej ziołowej kąpieli dziesięć/piętnaście minut i już całe zmęczenie znika. Taka kąpiel pobudza krążenie krwi, świetnie oczyszcza i odkaża nasz organizm, poprawia wygląd skóry dzięki zawartym w ziołach olejkom eterycznym cyneolu, borneolu i pinenu, a wypicie filiżankę herbaty z tych ziół pobudza i wzmacnia pamięć.

wtorek, 22 stycznia 2013

Poleniuchować to nie grzech

Dzisiaj postanowiłam sobie trochę poleniuchować. Taka potrzeba jest też częścią natury, naszej ludzkiej natury. Nie ma nic złego w leniuchowaniu od czasu do czasu, wprost przeciwnie - słodkie lenistwo pomaga nam w odzyskaniu sił witalnych, regeneruje ciało podobnie jak sen i jest świetnym sposobem na odstresowanie umysłu. Leniuchowanie nie koniecznie znaczy nic nierobienie, nie! I tak właśnie jest w moim przypadku - ja leniuchuję czynnie. To znaczy ni mniej, ni więcej jak odpoczynek dla ciała, a mały wysiłek dla umysłu.
Tak! On też potrzebuje codziennego treningu, podobnie zresztą, jak i nasza dusza. Nie tylko więc należy dbać o ciało, ale również o umysł, jak i o wnętrze naszej duszy, by i one cieszyły się dobrym samopoczuciem. Przecież razem z naszym ciałem stanowi ona naszą całość. Nie można więc zapominać, wręcz nie wolno nam tego robić i o jej potrzebach. To jest bardzo ważne by zachować balans, harmonię. Każdego dnia mamy tyle do zrobienia, że nierzadko brakuje nam czasu na codzienny spacer, a co dopiero mówić o zaspokojeniu naszych potrzeb, nazwijmy je duchowych.



                                                    (czy widzicie dziecko
                                                        na tym obrazku?)





Ale jak już pisałam - dla chcącego nic trudnego! [duży uśmiech] Kluczem są właściwe priorytety.

Po pierwsze pozwoliłam sobie dzisiaj na dłuższy sen, a po przebudzeniu cieszyłam się jeszcze przez dłuższą chwilę wylegiwaniem się w moim cieplutkim łóżku.
Nigdzie się dzisiaj nie śpieszyłam. Wszystko robiłam spokojnie, bez pośpiechu.





Na śniadanie zafundowałam sobie gorącą zupę szpinakową z gotowanym jajkiem.
Ta zupa zawsze stawia mnie na nogi! Nazywam ją zupą Papaja - bohatera filmu rysunkowego dla dzieci, który szpinakowi zawdzięcza swoją siłę.
Coś w tym jest, bo i ja odzyskuję siły po zupie szpinakowej. [figlarnie uśmiecham się sama do siebie] To naprawdę nie jest żart, to świadomość natury dziecka, która ciągle tkwi w każdym z nas, trzeba ją tylko odkryć i nie wzbraniać się przed nią, wprost przeciwnie - pozwólmy jej czasami wziąć górę nad nami, pozwólmy sobie czasami poczuć się jak dziecko, chociażby tylko przy śniadaniu. Spróbujcie tego, a doznacie prawdziwego, zadziwiającego odprężenia, totalnej beztroski dziecka w swoim własnym dorosłym bycie.

Moje wnętrze rozgrzane ciepłem zupy i zadowoleniem nasycenia zaczęło nucić jakąś melodię. Rozpoznałam w niej o dziwo piękną piosenkę: "Matko moja". Odszukałam ją na You Tube i słuchałam, puszczając ją ciągle od nowa.

http://www.youtube.com/watch?v=O95dhrYbOgk

Zarówno jej melodia, jak i słowa skomponowały się wspaniale z dzisiejszym nastrojem mojej duszy. Poczułam harmonię i nagle odkryłam, że tak niewiele potrzebowałam, by poczuć się szczęśliwą. To była strawa dla ducha, umysł natomiast zajęłam czytaniem ciekawej lektury nowo odkrytego bloga.


Zupa szpinakowa z jajkiem zawiera dużą dawkę żelaza, bardzo ważnego pierwiastka dla naszego organizmu. Dla lepszego go przyswojenia należy zupę podawać z witaminą C, a więc z sokiem cytrynowym.

Żelazo jest bardzo ważnym pierwiastkiem dla naszego organizmu. Podnosi jego sprawność fizyczną, możliwości koncentracji, sprawności umysłowej i pamięci, poprawia nastrój i reguluje rytm serca. Poza tym zwiększa odporność na przeziębienia i zapobiega zachorowaniu na anemię.
 

poniedziałek, 21 stycznia 2013

W zimowy poranek na spacerze


Dzisiejszy poranek nawet nie był taki mroźny - temperatura blisko zera po minusowej stronie. Przyroda zasypana białym puchem jest piękna. Nigdy nie mam dosyć patrzenia na to jej piękno. Obcowanie z nim zawsze mnie uspokaja, wycisza i nastawia optymistycznie do spotkania nadchodzących obowiązków dnia. Idąc odśnieżonymi uliczkami mojego osiedla, wdychając pełną piersią to zdrowe, mroźne powietrze wracam wspomnieniami do mojego dzieciństwa, do zimowych wieczorów spędzanych z rodziną przy starym, rozgrzanym piecu kaflowym przy wtórze dźwięków gitary, na której mój brat wygrywał ciche melodie.
Czuję jak to wspomnienie wypełnia moje wnętrze ciepłem, serce zaczyna bić jakoś tak raźniej, a usta rozchylają się w uśmiechu. Rozłożyłam szeroko ramiona i zakręciłam się wokół siebie patrząc wysoko w niebo. Jakie to szczęście, że mogę to wszystko przeżywać - pomyślałam i dopiero potem spostrzegłam, że nie jestem sama na porannym spacerze. Ups! Zreflektowałam się i odpowiedziałam głośnym śmiechem na dzień dobry mijającym mnie właśnie miłośnikom, jak ja, porannych spacerów. Znamy się z widzenia tak, że zaczęliśmy się pozdrawiać wzajemnie. To miłe! To daje poczucie bezpieczeństwa.
 
Właściwie to lubię każdą porę roku, ale najbardziej właśnie zimę. Może dlatego nazywam siebie samą - dziewczyną Północy. [duży uśmiech] Każdemu polecam zaprzyjaźnienie się z tą porą roku i spacery o świcie w bajkowej scenerii, której nic jeszcze nie zagłusza. Świat wydaje się wtedy być taki spokojny, czysty i dostojny, taki nieskazitelny. To z pewnością jest wpływ wszechobecnej bieli. I ta zbawienna cisza pozwalająca słyszeć własne myśli i uśmiechać się do nich. Właśnie to nazywam aktywnym, wspaniałym relaksem, pozytywnym ładowaniem swoich własnych baterii.
Po takim wysiłku kocham moment powrotu do domu. Twarz pomalowana zimnem promienieje, wydaję się sobie samej być taka piękna. Powoli otula mnie ciepło domowe. Aromat parzonej kawy rozchodzi się po całym mieszkaniu, a ja czuję jak bardzo jestem w tym momencie głodna. Przygotowując sobie śniadanie spostrzegłam nagle, że wszystko mi pachnie: chleb chlebem, pomidor pomidorem, a masło? Och! Aż przymknęłam oczy i pomyślałam sobie - życie bez stresu naprawdę smakuje inaczej. Jest tak samo smaczne jak to moje śniadanie i kawa po porannym, zimowym spacerze.


Szybki spacer, to jedna z najlepszych form wypoczynku czynnego, moim zdaniem, nie inwazyjna chociaż bardzo efektywna, pozwalająca zachować dobrą kondycję i w sposób łagodny dotleniać cały nasz organizm poprawiając w ten sposób krążenie krwi. Ma przy tym świetny wpływ na pracę nie tylko serca i innych ważnych mięśni, ale i naszych jelit, co nie jest bez znaczenia, gdyż poprawia się wtedy sprawność naszego układu trawiennego. Poza tym zdrowe jelita, to lepszy i silniejszy system odpornościowy naszego organizmu, to w rezultacie zdrowsi my.

niedziela, 20 stycznia 2013

Poniedziałek 2004.11.22 Wyjęte z pamiętnika.

Poniedziałek 2004.11.22 Wyjęte z pamiętnika

Dzisiaj zasypało świat białym puchem. Była niesamowita śnieżyca, a ja musiałam się zgłosić na rehabilitację. Mimo sztormu śniegowego wypełniała mnie radość ponieważ nareszcie coś zaczęło się dziać w mojej sprawie. Mimo bólu w ciele byłam pozytywnie nastawiona, tak pozytywnie, że część drogi chciałam przejść spacerem, by przeżywać tę niepogodę, by poczuć smaganie mroźnego wietrzyska na moich policzkach i przeżyć jego szarpaninę z moim obolałym ciałem. Chyba chciałam sobie coś udowodnić! [Duży uśmiech] I udowodniłam! Nie dałam się pokonać śnieżycy, nie poddałam się wiatrowi mimo słabego ciała, wypełnionego bólem. Pomyślałam sobie - już teraz, gdy to piszę - dam radę!













Gdy dotarłam na miejsce, pierwszym moim wrażeniem było poczucie ciepła i zacisza domowego.

Od pierwszej chwili poczułam się dobrze i bezpiecznie wśród ludzi, których tam spotkałam. Po rozmowie z behawiorystą - znawcą natury ludzkiej - poszliśmy razem z nim obejrzeć różne "stacje" znajdujące się na terenie ośrodka rehabilitacyjnego przez które muszę przejść, w celu sprawdzenia moich umiejętności i sprawności fizycznej po przebytym wypaleniu się, a przede wszystkim wytrzymałości na stres i obciążenie fizyczne. Chcę wrócić do pracy i dlatego te wszystkie badania są konieczne. To, że nie dam rady pracować w pełnym wymiarze czasu, to jest pewne, ale pewne również musi być to, czy dam radę pracować? Jaki wymiar czasu jest dla mnie bezpieczny, by ponownie nie znaleźć się w punkcie wyjścia? Po obejrzeniu tych stacji miałam mieszane uczucia. Bardzo pragnęłam być znowu sprawną, jednocześnie bałam się, że mój organizm zawiedzie mnie.




Już w drodze do domu poczułam nasilenie się wszechobecnego w moim ciele bólu. I jeszcze ten lęk, że okażę się nieprzydatna, ten w związku z tą myślą stres! Po powrocie do domu opadłam z sił, wzięłam tabletkę przeciw bólową czego raczej staram się unikać i przytuliłam się skulona do poduszki na sofie w pokoju gościnnym, jednak nie mogłam zasnąć.

Znam to, wiem, że noc będzie podobna. Odkąd zachorowałam zawsze tak mam, gdy za bardzo się wysilę, gdy nadwyrężę swoje możliwości dopada mnie to okrucieństwo i wysysa ze mnie całą witalność. Już przyzwyczaiłam się do tego, a może tylko mi się to wydaje? Może nie chcę zaakceptować takiego mojego stanu, takiej bezsilności, która chce mnie ograbić z wiary w siebie samą, w to, że moja bezsilność jest do pokonania.

Dobrze, że chociaż pisanie jakoś mi idzie, dzięki temu wyrzucę tego osłabiającego mnie potwora ze mnie. Jutro przeczytam to sobie i wzmocnię tym siebie. Taka terapia pomogła mi w tych najtrudniejszych chwilach, to i teraz pomoże, muszę tylko w to wierzyć! Teraz kończę już to pisanie. Muszę się ruszać, to zwykle pomaga, ten długi spacer po moim mieszkaniu nocą.

Znowu żyję

Ostatnie dwa lata z plusem nie odwiedzałam mojego własnego blogu. Miałam tyle innych rzeczy do robienia, że zupełnie o nim zapomniałam. W tym czasie wydarzyło się tak bardzo wiele, ale to co najważniejsze, to ogromna poprawa mojego zdrowia przy pomocy oczywiście natury w szerokim jej pojęciu. Nabrałam do niej ogromnego zaufania. Nauczyłam się prawie w perfekcyjny sposób współpracować z nią i z moim własnym nie tylko ciałem, ale przede wszystkim z moim ja, z moją własną osobą.

Nigdy przedtem, przed moim całkowitym wypaleniu się, nie myślałam, że to jest takie ważne - słuchać siebie, swojego organizmu, który nieustannie daje nam sygnały, na które my niestety często nie zwracamy uwagi i bagatelizujemy je ku własnej szkodzie.

Powróciłam do równowagi, zarówno psychicznej i fizycznej. Nie było to łatwe, ale udało mi się, bo bardzo tego pragnęłam, bo byłam uparta, a moja wrodzona stoicka cierpliwość stała się dla mnie ogromną podporą. Dopiero teraz doceniam to, jakim wielkim jest ona darem, jak i wrodzony mój optymizm i wiara w to, że człowiek może wszystko jeżeli tylko naprawdę tego chce. Oczywiście jestem świadoma tego, że już nigdy nie odzyskam całkowitego zdrowia. Szkody w moim organizmie, te fizyczne, już są i nie da się ich odwrócić, ale przynajmniej udało mi się je zahamować. [Duży uśmiech]

Będąc któregoś dnia na zakupach spotkałam dwie znajome. Jedna z nich, ta wtajemniczona w historię mojego wypalenia się spytała mnie, czy czuję się już lepiej, czy czuję się zdrowsza?
Na co druga, odwracając się do mnie, zareagowała słowami:
"Ty jesteś chora? Nie widać tego po tobie! Bardzo ładnie wyglądasz!".
Ta pierwsza natychmiast odpowiedziała jej za mnie:
"Przecież nie każdą chorobę można zobaczyć!".
Ja uśmiechając się odpowiedziałam im - Bóg mnie na swoich rękach nosi!

Obydwie miały rację i sprawiły mi swoimi komentarzami ogromną radość. Pierwsza, bo nie poddawała wątpliwością moich zmagań się z bólem i cierpieniem, druga, bo podniosła mnie na duchu i sprawiła, że jeszcze bardziej uwierzyłam w siebie. Jej słowa utwierdziły mnie w tym, że już znowu jestem wśród żywych. Dzięki nim poczułam się jeszcze lepiej, a moja myśl, że Bóg na swoich rękach mnie nosi, dodała mi sił do dalszej walki z bólem, który dla innych przestał być widoczny, chociaż dla mnie stał się towarzyszem życia. Rozwód z nim jest niemożliwy, pozostało więc mi tylko zaakceptować go i nauczyć się z nim żyć tak, by nie zatruwać ani swojego, ani moich najbliższych życia. Grunt to pozytywne nastawienie i wiara w to, że dam radę, że nie dam się pokonać moim przypadłością i na przekór wszystkim i wszystkiemu odrzucić od siebie syndrom ofiary. Świat jest piękny, a ja jestem jedną jego cząstką. Cieszę się tym! Nadal żyję odczuwam i przeżywam i to jest to, co jest najważniejsze. To prawda, że:
"Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.", że:
"To, co nas nie zabije, wzmocni nas.".
Poraz kolejny dziękuję ci życie, że wróciłeś do mnie, dziękuję ci za dar zrozumienia tego, co jest w tobie najważniejsze!

"Szlachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz, aż się zepsujesz."

cyt. Jan Kochanowski