Wstęp


Wejście w ścianę było punktem zwrotnym w moim życiu. Od tego momentu już nic w nim nie było takie jak przedtem. Najpierw ogromna depresja uczyniła ze mnie chodzące zombie, potem okres powolnego wracania do zdrowia uświadamiał mi coraz bardziej, co w życiu jest najważniejsze? Dwa lata i osiem miesięcy wyszarpnięte z życia, które jednak, jak się później okazało, nie były dla mnie czasem straconym. Nie tylko odzyskałam zdrowie ale wyszłam z tego największego w moim życiu kryzysu wzmocniona zgodnie z zasadą że to co nas nie zabije, to nas wzmocni. Dokładnie tak się stało w moim przypadku.

Największą rolę w moim zdrowieniu odegrała właśnie natura w szerokim tego słowa znaczeniu. W chwilach przebłysków spisywałam to co czułam w danym momencie w moim pamiętniku, później w podobnych chwilach odczytywałam moje myśli określające najgłębsze odczucia i płakałam, płakałam, płakałam. W końcu nie było już łez, był smutek, po nim przyszedł spokój a na koniec pierwszy po kilkudziesięciu miesiącach uśmiech. Najbliżsi byli moim wsparciem, najlepsza przyjaciółka powiernicą, mój pies towarzyszem na długich spacerach, Bóg opoką, a rozmowa z nim terapią najwyższej jakości.

To doświadczenie przymusiło mnie niejako do studiowania siebie samej, wsłuchiwania się w to co mówi mi mój własny organizm i stawiania jego potrzeb na pierwszym miejscu. Na nowo polubiłam siebie i mogłam rozpocząć walkę o powrót do zupełnego zdrowia. Podstawą do tego było zdobywanie szerokiej wiedzy z zakresu dbania o zdrowie i zapobiegania nie pożądanym dolegliwością rożnymi metodami najczęściej mającymi związek z naturą i ruchem fizycznym. Dzisiaj chcę się dzielić moimi doświadczeniami i wiedzą z każdym kto tego chce.




poniedziałek, 4 lutego 2013

Ach to moje dociekanie!

Dzisiaj spoglądając wstecz, przypominając sobie mnie z okresu mojej choroby zastanawiam się nad siłą drzemiącą w człowieku, która pcha go do walki, do przezwyciężenia swoich własnych słabości. Bo to właśnie one, moim zdaniem, są człowieka największym wrogiem. Te niechciane, a jednak pielęgnowane przez samego właściciela własnego ja, słabości.

Dobrze, że istnieje coś takiego jak podświadomość. Myślę, że ona jest rezerwą witalności w naszym jestestwie, pamięcią naszej osobowości, chroniącą nas przed całkowitym upadkiem w czasie kryzysu wewnętrznego. Zawsze w odpowiednim momencie staje przed zamkniętymi drzwiami do naszego wnętrza i kołacze w te drzwi uparcie i coraz głośniej, tak byśmy w końcu musieli jej dobijanie się do nas usłyszeć, uchylić na moment drzwi i to już dla niej wystarczy. Już zdąży wcisnąć się do naszego wnętrza i pozostać w nim, by w końcu przygotować je na przyjęcie i zadomowienie się w nim na nowo naszego zagubionego na chwilę ja.
Bo nasza podświadomość silniejsza jest od nas i nie poddaje się tak łatwo. Walczy o nas do końca i gdy tylko zechcemy jej dobijanie się do nas usłyszeć pomoże nam wygrać walkę z tym, co nas zniewoliło, z naszymi ułomnościami i słabościami, brakiem wiary w siebie. Pomoże nam na powrót odnaleźć nasze własne ja i do tego bardzo wzmocnione. Jestem tego żywym przykładem. Byłam jak powalone drzewo, a jednak znowu stoję.





Bóg tchnął w nas nie tylko życie, ale i siłę, by je przeżyć od początku do końca, wiarę, że jest to możliwe. Wyposażył nas we wszystko czego potrzebujemy, chodzi tylko o to, byśmy robili z tego dobry użytek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz